09/09/2026
Gdy słońce praży bez opamiętania, a powietrze faluje od gorąca, czasem na polach zaczyna dziać się coś, co nasi dziadowie nazywali srołem, sralem, kręćkiem, lub… Srala Bartkiem. Brzmi jak psikus, ale kto go widział, wie, że to psikus tej kategorii, która może nawet doprowadzić do śmierci ofiary. To nie żart, tylko stary, złośliwy duch wiatru.
Srala Bartek bywał mały, kudłaty, w czerwonym stroju i szerokim kapeluszu z rogami wystającymi spod ronda, a czasem w ogóle nie dawał się zobaczyć, tylko rżał i wirował, podnosząc tumany piachu. Uderzał znienacka i bywało, że wywracał nie tylko mendle siana, ale i ludzi z końmi i wozem. Wierzono, że Srala Bartek kręci się po polach głównie latem, zwłaszcza w czasie żniw i sianokosów. Niósł zamęt, mącił powietrze, śmiał się donośnie, jakby sam fakt generowania zamieszania sprawiał mu diabelską przyjemność. Strzechy rwał z dachów, siano rozwiewał tak, że nie dało się go już na nowo zebrać. Potrafił zajść rolnika od tyłu i rzucić nim o ziemię, a jeśli miał naprawdę zły dzień, to podobno i uśmiercić. Nie na darmo przypisywano mu pokrewieństwo z Południcą, czyli demonicą, która latem czaiła się w zbożu, by porywać chłopów i chłopki zbyt długo zostających w polu, kiedy słońce stało w zenicie.
Ale lud wiejski, biegły w sprawach z pogranicza natury i magii, znał sposoby na takie stworzenia. Jeśli Srala Bartek zaczynał kręcić się po polu, należało szybko splunąć trzy razy albo się przeżegnać. Niektórzy rzucali w wir ostro naostrzony nóż, czasem sierp. Jeśli dobrze się trafiło, demon znikał z jękiem i klątwą. Inni, mniej lękliwi, spluwali w jego stronę, klepiąc się po zadzie. Ale i wtedy należało uważać, bo nigdy nie było wiadomo, czy się tylko rozzłości, czy rozpłynie w śmiechu.
Dziś meteorolodzy rozkładają Srala Bartka go na czynniki pierwsze, wydłubują z dawnych przypowieści i legend, wydobywają z folkloru. Nazywają go po prostu wirem pyłowym. To ponoć tylko krótkotrwałe, niewielkie zjawisko, choć potrafi podnieść to i owo. Powstaje, gdy nagrzana od słońca ziemia podgrzewa powietrze tuż nad sobą, a to lekkie powietrze pnie się ku górze. Zimniejsze otacza je z boków, tworząc wir, który zasysa kurz, liście, lekkie przedmioty, a czasem… trampolinę albo psa z kojca.
To właśnie przydarzyło się jakiś czas temu w Bystrej Podhalańskiej. Kamery uchwyciły moment, gdy Srala Bartek – choć może już bardziej jako wir pyłowy niż demon – porwał się na kojec, zerwał blachę z dachu i z impetem otworzył drzwi. Pies oberwał, ale przeżył. W Wielichowie kilka lat wcześniej dziecięca trampolina poleciała w siną dal, a stół z ogrodu poszedł jej w ślad.
Wszystko trwa zwykle kilka sekund, góra minutę. Wir słabnie, kiedy kończy mu się ciepłe powietrze i przestaje mieć siłę, by tańczyć. Ale przez tę krótką chwilę potrafi narobić tyle zamieszania, że wciąż nie wiadomo, czy bardziej go badać, czy się odruchowo przeżegnać. Naukowcy swoje, a ludzie swoje. I może dobrze. Bo jednak gdzieś między rozgrzaną miedzą a zbożem gotowym do zbiorów, wiruje coś więcej niż tylko kurz. Wiruje pamięć. Wiruje legenda. Wiruje Srala Bartek.