31/07/2016
Słów kilka od Ćwirka
Apel (ale nie ten na s): czysta herezja
Nikogo nie wzywam. Nikogo nie przywołuję. Chcę się tylko podzielić kilkoma zdaniami na swój temat. Sport towarzyszy mi przez całe życie. Nie jestem kulturystą. Nie jestem trójboistą. Nie jestem crossfitterem. Nie jestem też maratończykiem czy lekkoatletą sprinterem. Jestem trenerem i jestem otwarty.
Wszystkie te dyscypliny są mi bliskie, a jednocześnie daleko mam, by przypisać się do tylko jednej z nich. Nigdy nie powiem, że jestem kulturystą, bo wyrobiłem papiery instruktora kulturystki, trzymam miskę, kształtuję swoje ciało i przerzucam tony żelastwa tygodniowo. Ani razu nie stałem na scenie. Nie pozowałem i nie walczyłem z odwodnieniem, ładując węgle i pompując mięśnie przed zawodami - choć znam zasady temu towarzyszące. Więc nie - nie jestem kulturystą. Przez kilka lat, gdy ograniczyłem biegi przełajowe i ćwiczenia plyometryczne, koncentrowałem się na relatywnie dużych ciężarach, mecząc martwe ciągi, przysiady i wyciskanie sztangi na ławce. Siła rosła, a i ja osiągnąłem względnie solidne gabaryty z wagą 93,5kg przy wzroście 177cm. Dociążyłem sprawę kolejnym papierem poświadczającym wiedzę i doświadczenie w tym zakresie. Czy jednak zostałem trójboistą z dłońmi białymi od magnezji. Nie. Szybko zaczęło mi brakować ruchu w lesie. Marszobiegów, biegów, nordicwalkingu, interwałowych eskapad po wertepach na krótkich odcinkach i biegów średniodystansowych. Zszedłem na 76kg. Doszły kolejne papiery - w tym ten podstawowy trenera personalnego i instruktora rekreacji ruchowej z trzema specjalnościami: fitness, dietetyka i sporty siłowe. W międzyczasie - z racji wieloaspektowego podejścia - zacząłem bawić się w crossfit. Jednak, im dalej w las, tym zaczęło pojawiać się coraz więcej "ale". Nie ruszyłem w stronę bycia "The Fittest on Earth". I to nie z powodu braku zacięcia (czy nadmiaru lenistwa). To też nie kwestia godzenia pasji z moim podstawowym zawodem (https://wrooblewskimichal.wordpress.com/informacje/). Uwielbiam sport i wszelki formy aktywności fizycznej, ale im więcej klientów zaczęło do mnie trafiać, tym rosła liczba niuansów, wątpliwości, a słabło przeświadczenie o jednej słusznej szkole. Złotym treningu. Metodzie, która zabija zło wszelkie świata tego. Podopieczni dają coś niesamowitego. Coś, co nigdy nie zaświta w głowie, gdy sprawa dotyczy tylko naszego osobistego rozwoju. Twój Padawan zapewni ci zupełnie nową perspektywę, choćbyś był Mistrzem Yodą całego powiatu. Szybko zauważasz złożoność każdego przypadku. Nawet podobne cele i potrzeby każą obrać różne ścieżki. Każdy ma swoją historię, problemy, przeciwwskazania. Każdy może inaczej reagować na dietę czy na daną formę ruchu. Nie ma tutaj świętego Graala, który rozwiązałby wszelkie kłopoty. Każdy przepadek to wyzwanie, wymagające ponownej selekcji narzędzi, odpowiedniej kalibracji i szczególnej uwagi. Jedna osoba pokocha miotanie żelastwem, inna nigdy się do tego nie przekona. Ktoś może iść pod górę na bieżni godzinami i na nic się to zda, kolejny delikwent wskoczy na nią co trzeci trening po 15 minut i osiągnie zamierzony efekt. Dwie osoby o tej samej wadze i ruchowym bagażu będą jeść tę samą pulę kalorii przy podobnym rozkładzie makroskładników - pierwsza zacznie łapać masę, a druga ją tracić,
Podsumowując - każdorazowo współpraca to pole dla wielu manewrów, gdzie ciągle rozgrywa się nowa bitwa, i gdzie dwie trzy stałe taktyki na nic się zdadzą. Owszem, wierzę w pewne fundamenty. A raczej powinienem powiedzieć, że jestem przekonany o pewnych sprawach. Wiara co prawda może nakręcić Cię jak siłowniowy kołowrotek, być swoistym placebo, ale łatwo sprawi, że staniesz się wyznawcą jakieś metody żywienia, rodzaju treningu itd. Natomiast w przeciwieństwie do wiary, wiedza - im głębsza - tym solidniejsze daje podstawy do wielorakich działań. Tak więc, uważam że pewne niezmienne standardy - jak odpowiednie wyważenie wysiłku tlenowego i beztlenowego czy zbilansowana dieta - są kluczowe bez względu na obrany cel. Reszta rozbija się o ciąg jednostkowych uwarunkowań. O drobnicę, która jest tak mnoga, że trzeba się nią niezwłocznie zająć, jeśli nie chcesz, by zasypała nawet największy pewnik.
Do swoich treningów podchodzę holistycznie: są ciężary, jest trening funkcjonalny, kalistenika, kettlebellsy i karne przysiady. Są biegi, skrzynie, plyometria, wiosłowanie. Cardio i cross. Interwały i izometria. Tabaty i taśmy. Jest mobilizacja powięzi i ambicji. Przede wszystkim jednak jest zdrowy rozsądek. Dlatego - choć sam od dwóch lat żywię się w systemie IF (na bardzo krótkich oknach), ważę żarcie i skrupulatnie rozdzielam makrosy na każdy dzień, cenię sobie niezwykle treningi obwodowe, bardzo intensywne, a gdy tylko mogę ruszam do ćwiczeń wielostawowych i sprawdzam co i rusz, gdzie leży granica przetrenowania i sensownej regeneracji - to nie znaczy, że nie każę ci iść w odwrotnym kierunku i na siłowni robić tradycyjny split, zero FBW, nic z superserii, dropsetów, a twoja miska będzie do tego podzielona na 5 posiłków od wczesnego rana.
To, że macham kettle'ami i trzaskam kilometry w lesie, nie oznacza, że zamęczę Cię swingami i snatchami, bo to takie fajne, a w weekend będziesz musiał latać dookoła po parku. Przykłady można mnożyć. Nakręcę filmik ze skakaniem na wieżę czy stepa? Możliwe, że nigdy się o tym nie zająknę, bo w czasie konsultacji dowiem sie o Twoim wadliwym kolanie. Tabaty to mój chleb powszedni, ale masz problemy z astmą czy z nadciśnieniem i tendencję do arytmii? Zapomnij i o tym. Podobnie z jedzeniem. Są tłuszczówki, ketozy, ładowania, diety czyszczące, poszczenie, pierdyliard pomysłów i tyleż nazw. Co chwila słyszy się o nowej cudownej metodzie. Identycznie z nowinkami-gadżetami fitness. Ok - fajnie. Nie mówię nie. Pomyślimy. Ale wszystko pod Ciebie i na spokojnie.
Jedzenie to jest pomysł na życie. Dietą można coś osiągnąć na krótkim dystansie. Trzeba ją stosować jako przydatne narzędzie, ale pamiętać, że to tylko zestaw naprawczy lub zaradczy. Od skrajnych mięsożerców po fanatycznych wegan trzeba przemyśleć skąd białko, skąd tłuszcze, skąd węgle. Jeśli coś tniemy, to na ile i po co. Jeśli podbijamy - tak samo. W czym to pomoże, a na co zaszkodzi. Twój cel to atletyczna sylwetka, szczupłe ciało, wielka masa, jędrne poślady czy nieodstający brzuch? Chcesz ładować ciężar na sztangę jak szalony, a może skakać wyżej i biegać coraz dłużej? To wszystko trzeba rozplanować, myśląc o zdrowiu i długotrwałych efektach. Co z tego, że sobie (i mi) schudniesz, jak rozwalisz w międzyczasie nerki albo tarczycę. Co z tego, że w pracy koleżanka powie Ci, "No, Halina muszę przyznać, że pięknie" - jak stawy do wywalenia, a metabolizm ledwo już zipie. Co z tego, że kumpel stwierdzi, "Kurde, Krzysiek, galancie doje*** te łapy" - kiedy plecy całe w syfach, jelita zapchane i zadyszka na drugim piętrze.
Wszystko jest osiągalne, szczególnie gdy mówimy o potrzebach amatora - każdego z nas. Ale z głową! Dlatego nie licz, że powiem Ci - "ok te 20kg spokojnie w 1,5 miesiąca zajedziemy", "za 6 tygodni bierzesz 110 w 6 ruchach", "kiedy ten ślub - no... 19 dni to mało, ale ogarniemy tak, że własna matka Cię nie pozna".
Słowem, nie wpuszczę Cię w kejmbridże, diety kapuściane, saszetkowe, w proszkach, diety 1000kcal. Nie obładuję trzeciego dnia tonem odżywek i suplementów w tabletach. Środki pomocnicze owszem - można - rzecz do uzgodnienia, ale metodą małych kroków. Deficyt, bo chudniemy? Proszę, ale k***, nie od razu połowa zapotrzebowania w dół, No chyba, że chcesz mieć na drugie Plateau. Intensywne tłuczenie dupska na treningu, progresja ciężaru, przyspieszenie, dynamika, coraz krótsze przerwy - jak dla mnie super, ale pozwól, że nie z dnia na dzień. To, na czym mi zależy, to współpraca w pełnym porozumieniu, z tym samym celem i pełną świadomością ograniczeń i realnych postępów. Ambicja tak. Ale czy dla każdego "100% or nothing", "squat till you puke"? Może raczej "85% and a lot", ale bez kontuzji, tudzież "squat till you can do it properly. Obgadajmy alergie, nietolerancje, zaszłe kontuzje i inne sprawy na "nie". Daj się zważyć, pomierzyć, obejrzeć kręgosłup i hipotetycznego platfusa.
Czyli, dosłownie i w przenośni, przegląd od stóp do głów. Dopiero wtedy na linię startu. A stamtąd już odpowiednim wehikułem od pit stopu do pit stopu, aż do satysfakcji. Pamiętaj tylko, że gdy raz ruszysz, mety nie ma. Są jedynie nowe cele i kolejne, lepsze wersje Ciebie. I nie, to nie Paulo Coelho - sam sobie napiszesz takie motto.
Do zobaczenia!