18/01/2026
Dziś po dłuższej przerwie chciałabym opowiedzieć historię. To historia o tym jak ciekawie potrafią się splatać losy różnych rzeczy i przedmiotów.
Ponad rok temu ukochany przywiózł mi ze Szwecji kilka starych mebli i żyrandol. Sprawił tym,że w końcu czuję,że mój dom jest naprawdę mój. Może nie jak z katalogu, może wbrew obowiązującej modzie na minimalizm, ale taki jak ja: Trochę staroświecki i wybrzmiewający echem minionych epok. Eklektyczny i pewnie dla niektórych zagracony.
Wśród wszystkich rzeczy które wtedy pojawiły się w nim były dwa krzesła. Niby tylko na chwilę. Miałam je zrobić na szybko i puścić dalej w świat. Los chciał dla nich inaczej (lub moje lenistwo - jak kto woli). Dzięki temu uratowały niejedno spotkanie rodzinne. Jednak racją jest,że na wszystko przychodzi odpowiedni czas. Przyszedł więc i na krzesła. Kilka dni temu dzięki Siostrze i jej "sroczemu oku" udało mi się kupić piękny materiał za grosze. Materiał nie byle jaki, duży kawałek prawdziwego wiekowego weluru z metką i pieczęcią. Choć stary to jednak nowy, nigdy nie skrojony. Prawdziwa perełka. Dzięki metce wiem skąd do mnie trafił, i tu robi się całkiem ciekawie... ze Szwecji. Dokładnie z domu towarowego w Göteborgu zamkniętego wiele lat temu. Fascynuje mnie historia takich rzeczy, jaką drogę przebyły nim znalazły się tu i teraz.
W końcu dostałam impuls na który czekałam od roku. Wymieniłam tapicerkę i krzesła w końcu przestały straszyć.
Tym oto sposobem losy dwóch rzeczy z różnych zakątków Szewcji splotły się w moim domu w Polsce i połączyły w jeden. Ciekawe gdzie dalej popchnie je czas.