14/06/2022
Troszkę o Osieckiej i innych dzielnicowych klimatach 😉😊
PLAC PRZYMIERZA 4
Wchodzę do zakładu zachęcona szyldem: "Szewc, rok założ. 1944". W środku szukam starej sylwetki szewca, który szyłby buty Bogu, jak w wierszu Leśmiana. Widzę młodego mężczyznę, po trzydziestce i trochę zmieszana pytam, czy mogłabym rozmawiać z właścicielem zakładu. Ku mojemu zaskoczeniu, rozmawiam z nim. Maciej Jagiełło, trzecie pokolenie szewców w rodzinie. Zakład przejął po ojcu, w wieku 18 lat. A ojciec po dziadku, który jeszcze w czasie okupacji założył zakład, który mieścił się początkowo na Zwycięzców, naprzeciw szkoły podstawowej.
BUTY NA STALUNEK
Jagiełło szył buty na stalunek. Kilkakrotnie poprawia mnie pan Maciej - "Nie na miarę, mówi się - na stalunek". Maciej nigdy nie interesował się historią zakładu, strzępy informacji uzyskał od babci lub ojca, bo dziadka nie pamięta. Wie jednak, że buty u Antoniego stalowali ludzie z Saskiej, ale i z Warszawy. Pan Maciej rozróżnia te dwa światy - "od nas" z Saskiej i z Warszawy - Wśród nich było wielu ludzi z arystokracji, osoby dobrze sytuowane, dobrze wykształcone, rodowici mieszkańcy Kępy, aktorzy. Zapamiętał nazwisko Mieczysława Fogga, któremu dziadek szył buty.
KASYNO I GALERIA SZTUKI
Zbigniew, ojciec Macieja, już tylko naprawiał buty. Usiadł "na stołe" późno, jak miał 30 lat. Wcześniej pracował w zakładach tłuszczowych. Zbigniew lubił rozrywki, grał w karty. Dom, którym mieści się zakład gościł nie raz na wódce Władysława Broniewskiego. "To był hazadrdzista" wspomina pan Maciej. Przychodził do ojca i do rana grali w ruletkę - Już wtedy zakład stawał się przestrzenią rozrywkowo-artystyczną. Dziś pan Maciej prowadzi mini-galerię. Teraz wszystkie obrazy wyniósł do mieszkania, bo w zakładzie trwa remont. Większość obrazów i grafików jest autorstwa Artura Turalskiego, artysty-plastyka, performera, autora scenografii w warszawskich klubach, Harendzie i Scenie. "Prowadzimy taką artystyczno-rzemieślniczą przyjaźń. Część obrazów kupuję, część dostaję. Nawet raz zamówiłem obraz z motywem butów. To dużo lepsze niż kalendarze roznegliżowanych pań w większości tego typu zakładów"
BEZ WYBORU, Z WYBORU
Maciej Jagiełło przejął zakład po ojcu w 1988. Właściwie był zmuszony koleją życia, by prowadzić rodzinny interes, ale i chciał to robić. Skończył liceum plastyczne, więc miał zdolności manualne. A zawodu nauczył się patrząc na pracę ojca. Początkowo w organizacji pracy pomagała babcia, przejął też kontakty z dostawcami po ojcu, który nie raz radził sobie z problemem braku kleju czy skóry.
10 ZŁOTYCH DLA PANI WALI
W zakładzie pracownicy przed świętami organizują "śledzika". Jeden taki wieczór skończył się tragicznie dla reputacji jednego z nich. Andrzej Masny, z którym przyjaźni się pan Maciej, jest dziś w zakładzie. Kiedy pan Jagiełło zaczyna opowiadać historię śledzika, tamten się peszy i chce wyjść. Bo nie każdy kępianin zwymiotował na uznaną poetkę, Agnieszkę Osiecką. I nie należy się tu doszukiwać żadnej krytyki literackiej. Było to może osiem, może dziesięć lat temu. Andrzej Masny, wraz z właścicielem zakładu i innymi gośćmi owego wieczoru zakrapianego suto wódką, wyszedł z zakładu. Szli w kierunku Ronda Waszyngtona z zamiarem odwiedzenia po drodze jeszcze innych przybytków rozkoszy. Wieczór był bardzo mroźny, co istotne, jak zaznacza pan Maciej. "Andrzej z zakładu wyszedł już mocno "zmęczony". Mróz nieco go otrzeźwił. Wstąpiliśmy do Podhala, ulubionej knajpy Osieckiej. Ona już tam siedziała, sama, przy stoliku w rogu. I kolega na nieszczęście wszedł do ciepłego pomieszczenia z mrozu. Momentalnie zrobiło mu się słabo, bo nie przyzwyczajony i odbył czynność fizjologiczną zwrotu śledzi - przez cały bar, przez ramię Agnieszki Osieckiej. Totalna katastrofa. Osiecka, choć przerażona, z klasą wstała i się otrzepała, poszła na górę się przebrać. Ludzie z nią zaprzyjaźnieni chcieli mojego kolegę pobić, ale załagodziłem to jakoś, bo mój ojciec znał się z Osiecką. Pani Wala, która stała tam na zmywaku, za 10 złotych posprzątała bałagan. Osiecka wyszła z całej sytuacji z klasą, jak zawsze, tylko jej adoratorzy strasznie się pieklili. A Andrzej długo się nie pokazywał w Podhalu"Tę historię opowiada z pasją, ale z jeszcze większą pokazuje stare przedmioty, które w zakładzie są od początku. Warsztat właściwy - kilkadziesiąt razy już pomalowany nosi ślady dawnych, dziadkowych czasów. Ambus, podobny do młotka, którym wypala się woskiem boki skórzanych butów, by się świeciły. Taboret, noga do naprawy. I największy skarb w zakładzie pana Macieja - przedwojenny Singer z secesyjnymi ornamentami do szycia butów, wszywania zamków. "Ten przedmiot zawsze będzie w moim zakładzie. Najcenniejsza pamiątka po dziadku i ojcu. Jeszcze na nim pracuję." Czas dawny ocalony został przez garstkę ludzi, którzy z zapałem od kilkudziesięciu, kilkunastu lat robią wszystko, by ocalić przeszłość. Udaje im się.
Czytaj więcej na https://www.saskakepa.waw.pl/swiat-wedlug-saskiej/ludzie-saskiej/dawne-niedawne-czasy =paste&utm_medium=paste&utm_campaign=chromePLAC PRZYMIERZA 4Wchodzę do zakładu zachęcona szyldem: "Szewc, rok założ. 1944". W środku szukam starej sylwetki szewca, który szyłby buty Bogu, jak w wierszu Leśmiana. Widzę młodego mężczyznę, po trzydziestce i trochę zmieszana pytam, czy mogłabym rozmawiać z właścicielem zakładu. Ku mojemu zaskoczeniu, rozmawiam z nim. Maciej Jagiełło, trzecie pokolenie szewców w rodzinie. Zakład przejął po ojcu, w wieku 18 lat. A ojciec po dziadku, który jeszcze w czasie okupacji założył zakład, który mieścił się początkowo na Zwycięzców, naprzeciw szkoły podstawowej.BUTY NA STALUNEKJagiełło szył buty na stalunek. Kilkakrotnie poprawia mnie pan Maciej - "Nie na miarę, mówi się - na stalunek". Maciej nigdy nie interesował się historią zakładu, strzępy informacji uzyskał od babci lub ojca, bo dziadka nie pamięta. Wie jednak, że buty u Antoniego stalowali ludzie z Saskiej, ale i z Warszawy. Pan Maciej rozróżnia te dwa światy - "od nas" z Saskiej i z Warszawy - Wśród nich było wielu ludzi z arystokracji, osoby dobrze sytuowane, dobrze wykształcone, rodowici mieszkańcy Kępy, aktorzy. Zapamiętał nazwisko Mieczysława Fogga, któremu dziadek szył buty.
KASYNO I GALERIA SZTUKIZbigniew, ojciec Macieja, już tylko naprawiał buty. Usiadł "na stołe" późno, jak miał 30 lat. Wcześniej pracował w zakładach tłuszczowych. Zbigniew lubił rozrywki, grał w karty. Dom, którym mieści się zakład gościł nie raz na wódce Władysława Broniewskiego. "To był hazadrdzista" wspomina pan Maciej. Przychodził do ojca i do rana grali w ruletkę - Już wtedy zakład stawał się przestrzenią rozrywkowo-artystyczną. Dziś pan Maciej prowadzi mini-galerię. Teraz wszystkie obrazy wyniósł do mieszkania, bo w zakładzie trwa remont. Większość obrazów i grafików jest autorstwa Artura Turalskiego, artysty-plastyka, performera, autora scenografii w warszawskich klubach, Harendzie i Scenie. "Prowadzimy taką artystyczno-rzemieślniczą przyjaźń. Część obrazów kupuję, część dostaję. Nawet raz zamówiłem obraz z motywem butów. To dużo lepsze niż kalendarze roznegliżowanych pań w większości tego typu zakładów"BEZ WYBORU, Z WYBORUMaciej Jagiełło przejął zakład po ojcu w 1988. Właściwie był zmuszony koleją życia, by prowadzić rodzinny interes, ale i chciał to robić. Skończył liceum plastyczne, więc miał zdolności manualne. A zawodu nauczył się patrząc na pracę ojca. Początkowo w organizacji pracy pomagała babcia, przejął też kontakty z dostawcami po ojcu, który nie raz radził sobie z problemem braku kleju czy skóry.10 ZŁOTYCH DLA PANI WALIW zakładzie pracownicy przed świętami organizują "śledzika". Jeden taki wieczór skończył się tragicznie dla reputacji jednego z nich. Andrzej Masny, z którym przyjaźni się pan Maciej, jest dziś w zakładzie. Kiedy pan Jagiełło zaczyna opowiadać historię śledzika, tamten się peszy i chce wyjść. Bo nie każdy kępianin zwymiotował na uznaną poetkę, Agnieszkę Osiecką. I nie należy się tu doszukiwać żadnej krytyki literackiej. Było to może osiem, może dziesięć lat temu. Andrzej Masny, wraz z właścicielem zakładu i innymi gośćmi owego wieczoru zakrapianego suto wódką, wyszedł z zakładu. Szli w kierunku Ronda Waszyngtona z zamiarem odwiedzenia po drodze jeszcze innych przybytków rozkoszy. Wieczór był bardzo mroźny, co istotne, jak zaznacza pan Maciej. "Andrzej z zakładu wyszedł już mocno "zmęczony". Mróz nieco go otrzeźwił. Wstąpiliśmy do Podhala, ulubionej knajpy Osieckiej. Ona już tam siedziała, sama, przy stoliku w rogu. I kolega na nieszczęście wszedł do ciepłego pomieszczenia z mrozu. Momentalnie zrobiło mu się słabo, bo nie przyzwyczajony i odbył czynność fizjologiczną zwrotu śledzi - przez cały bar, przez ramię Agnieszki Osieckiej. Totalna katastrofa. Osiecka, choć przerażona, z klasą wstała i się otrzepała, poszła na górę się przebrać. Ludzie z nią zaprzyjaźnieni chcieli mojego kolegę pobić, ale załagodziłem to jakoś, bo mój ojciec znał się z Osiecką. Pani Wala, która stała tam na zmywaku, za 10 złotych posprzątała bałagan. Osiecka wyszła z całej sytuacji z klasą, jak zawsze, tylko jej adoratorzy strasznie się pieklili. A Andrzej długo się nie pokazywał w Podhalu"Tę historię opowiada z pasją, ale z jeszcze większą pokazuje stare przedmioty, które w zakładzie są od początku. Warsztat właściwy - kilkadziesiąt razy już pomalowany nosi ślady dawnych, dziadkowych czasów. Ambus, podobny do młotka, którym wypala się woskiem boki skórzanych butów, by się świeciły. Taboret, noga do naprawy. I największy skarb w zakładzie pana Macieja - przedwojenny Singer z secesyjnymi ornamentami do szycia butów, wszywania zamków. "Ten przedmiot zawsze będzie w moim zakładzie. Najcenniejsza pamiątka po dziadku i ojcu. Jeszcze na nim pracuję." Czas dawny ocalony został przez garstkę ludzi, którzy z zapałem od kilkudziesięciu, kilkunastu lat robią wszystko, by ocalić przeszłość. Udaje im się.
Czytaj więcej na https://www.saskakepa.waw.pl/swiat-wedlug-saskiej/ludzie-saskiej/dawne-niedawne-czasy =paste&utm_medium=paste&utm_campaign=chrome
Małgorzata Szymankiewicz (Piątek 06 Styczeń 2006) Takich starych zakładów zostało już niewiele na Saskiej Kępie. Te, które pozostały, powinny być jej dumą. Nadają unowocześniającej się przestrzeni miasta w mieście rysy przeszłości. Chlubnej przeszłości, którą na...